Miejsce emocji w psychice i życiu człowieka
Poniższy tekst został po raz pierwszy opublikowany pod tytułem „Energie niepojęte”. Wydaniu specjalnym Polityki nr 1/2010 - "Ja, my, oni. Jak sobie radzić z emocjami” tom 4 ze stycznia 2010. Cykl „Ja, my, oni” to projekt wydawniczy w ramach wydawanego od 2007r. Pomocnika Psychologicznego POLITYKI.
Czym są uczucia i jakie jest ich miejsce w życiu człowieka? Czy należy się ich obawiać i trzymać w karbach, czy raczej można im zaufać? Czy są przeszkodą, czy pomocą w osiągnięciu dojrzałej osobowości i w realizacji naszego życia? Te pytania stawiali już starożytni i udzielane przez nich odpowiedzi są wciąż w jakiś stopniu aktualne.
Najogólniej dzieje myśli zawierają trzy zasadnicze odpowiedzi. Pierwsze dwa stanowiska zwarły się ze sobą w wielkim starożytnym sporze między reprezentantami szkoły stoickiej i arystotelesowskiej. Trzecie spojrzenie na emocje jest bardziej nowożytne, choć można się w nim doszukiwać wcześniejszych korzeni, m.in. platońskich. Określa ono uczucia jako coś wyjątkowo cennego. W niektórych ujęciach prowadzi to do przyznawania emocjom pierwszego miejsca, przed intelektem i władzą wolnego wyboru, a nawet traktowanie ich jako czegoś nadnaturalnego.
Stoicy: poskromienie uczuć
Wielka koncepcja stoicka powstała ok. 300 r. p.n.e. w okresie radykalnych przemian starożytnego świata. Jest przejawem kultury hellenistycznej, pierwszej na terenach Europy kultury uniwersalnej, której powstanie pozostaje w związku z upadkiem małych kultur, małych miast-ojczyzn. Był to czas, gdy wykluwało się zrozumienie idei obywatelstwa świata i refleksja nad wspólną wszystkim ludziom naturą. Ideał stoicki wyraża właśnie owo przekonanie o wspólnocie natury, wskazuje sposób jej doskonalenia i wypełnienia w ideale szczęścia. Stoicy twierdzili, że poza materią absolutnie nic nie istnieje. Materia jest jednak rozumna, a świat przenika ożywiająca wszystko, boska (a jednocześnie materialna!) pneuma. Świat jest więc mądrą całością, a człowiek będąc cząstką świata ma razem z nim dążyć do swojego przeznaczenia. Celem tym jest dobro i równowaga wnętrza, zaś człowiek osiąga go podążając nie za wszystkimi poruszeniami natury, ale za poruszeniami rozumnymi. Pełny rozwój człowieka i osiągnięcie jego celu jest więc możliwe tylko wtedy, gdy uniezależni się on od innych wewnętrznych poruszeń, uczuć, pragnień i skłonności. Emocje są tu przeszkodą, odciągają od tego, co rozumne, zakłócają prawdziwy rozwój człowieka. Uniezależniając się od tych ślepych porywów, człowiek osiąga harmonię swojego rozumu z rozumnością świata, a przez to osiąga szczęście.
Stoicy wyróżniali cztery główne uczucia: rozkosz (radość), pożądliwość, smutek i lęk. Wszystkie uważali za zagrożenie i zalążek chorób, które tylko rozum może wyleczyć. Ponieważ duszę zasadniczo utożsamiali z rozumem, emocjonalność była dla nich czymś w oczywisty sposób duszy przeciwna, nie była więc jej częścią.
Ciekawe, że stoicy formułowali postulat podobnie brzmiący jak postulaty niektórych współczesnych kierunków psychologii: „żyj w zgodzie ze sobą”. Rozumieli to jako życie zgodne z własnym rozumem i rozumnością świata. Bowiem, co może wyglądać na paradoks, człowiek odgrodzony od uczuć i pragnień murem rozumnej obojętności, nie odwraca się od świata, ale aktywnie w nim uczestniczy, poznając jego prawdziwą naturę, cel i immanentnie obecną Opatrzność. Jest to człowiek heroiczny, przyjmujący swój los i zadanie wewnętrznego oczyszczania, a jednocześnie doznający spokoju i korzystający z uzyskanej wewnętrznej wolności. Staje się wielki, królewski. Osiągnąwszy swój cel może więcej niż inni, oczywiście tylko w ramach przysługującego mu losu i mądrego przeznaczenia; może nawet odebrać sobie życie.
Nauka stoików była wielokrotnie krytykowana, w czym pomagało spłycanie jej do obrazu beznamiętnego, broniącego się przed kontaktem z rzeczywistością „mędrca”. Wskazywano, niewątpliwie słusznie, na jej związek z traumatycznymi przemianami epoki. Nie zmienia to faktu, że w samym sercu koncepcji stoickiej znajduje się ponadczasowa intuicja, że wnętrze człowieka powinno być uporządkowanym terenem, na którym człowiek ma prawo czuć się jak u siebie, bezpieczny i przewidywalny. W sercu teorii filozoficznej stoików znajduje się psychologiczna koncepcja rozwoju ludzkiej osoby. Zakłada ona zwłaszcza, że emocje ludzkie muszą być podporządkowane rozumowi i woli, bez tego nie jest możliwe osiągnięcie ani harmonijnego rozwoju, ani szczęścia.
Arystoteles: umiar i harmonia
Arystotelicy ostro przeciwstawiali się traktowaniu uczuć jako chorób duszy, postulowali ich wychowywanie. Wynikało to z ducha całej nauki Arystotelesa, zwróconej ku poznawanej zmysłami realności, z szacunkiem traktującej odkrywane natury rzeczy i zachwyconej wewnętrzną spójnością każdego istnienia. Arystoteles nauczał o ważności tego, co w najnormalniejszy sposób istnieje. To, co dla bytu najwspanialsze - forma rzeczy - istnieje dla Arystotelesa tylko w połączeniu z niezbędnym podłożem, bezpostaciową materią. Forma nie tylko nadaje kształt, ona jakby powołuje do życia konkretne istnienie, gdyż arystotelesowska materia jest zaledwie potencjalnością. Duch nie jest więc dodatkiem do materii, on umożliwia faktyczne istnienie. Podobnie rzecz ma się z tą niezwykłą nierozerwalną, cielesno-duchową całością, jaką jest człowiek, ukształtowany przez formę (duszę) połączoną z przeznaczoną jej porcją materialnej potencjalności. Arystoteles dzieli, co prawda, duszę ludzką na trzy części: rozumną (najbardziej ludzką, a nawet boską), zmysłową (obejmującą też dziedzinę emocji) oraz wegetatywną, ale postrzega człowieka jako całość, mającą harmonijnie się rozwijać. Nie ma więc mowy, mimo prymatu intelektu, o zredukowaniu człowieka do jego racjonalności, nie ma mowy o jakiejś walce z emocjonalnością.
Rozbudowaną teorię uczuć, będącą najpełniejszym wyrazem tradycji arystotelesowskiej, znajdujemy w pismach św. Tomasza z Akwinu. Kluczowa dla jego myśli jest afirmacja ludzkiej natury jako nierozerwalnej całości, dobrej z racji samego swojego istnienia. W jego nauce nie ma mowy o jakimś odrzuceniu uczuć lub walce z nimi, są one wręcz niezbędne do pełnego życia i realizacji ludzkich celów. Są jednak tylko energetycznym napięciem, „wzruszeniem”, któremu towarzyszą odpowiednie przejawy cielesne. Są potrzebne, nawet bezcenne, ale „ślepe”. Stanowią element zasadniczo bierny, są wewnętrznymi poruszeniami, odpowiedzią na zewnętrzny bodziec; są wspólne ludziom i zwierzętom. Do rzeczywistości duchowej, do prawdy, może prowadzić tylko intelekt. Jednak w poznawaniu nawet najszczytniejszych rzeczy uczestniczy, poza intelektem, cała skomplikowana gra uczuć i popędów.
Bardzo ciekawy jest tomaszowy podział ludzkich emocji. Wymienia ich jedenaście i nie widzi powodów, aby mnożyć ich liczbę. Na zasadzie przeciwstawności łączy je w pary, a następnie segreguje na dwie duże grupy. Emocje pożądawcze (emocje potrzeb) to uczucia związane ściśle z naszymi pragnieniami, mające za przedmiot konkretne, pociągające nas lub odpychające, rzeczy: miłość-nienawiść, pragnienie-niechęć, przyjemność-ból. Drugą dużą grupą są emocje gniewu i boju, które powstają w obliczu trudności w realizacji celów i sposobią do walki: nadzieja-rozpacz, odwaga-strach oraz jedyne uczucie, dla którego Tomasz nie widzi uczucia przeciwstawnego: gniew.
Jest zrozumiałe, że właściwą dla całej tradycji arystotelesowskiej, także Tomasza z Akwinu, postawą wobec uczuć jest takie ich wychowanie, aby ich potencjał był wykorzystany w ścisłym współdziałaniu z rozumem i wolą.
I siła, i rozum
W czasach współczesnych powstało, także na terenie psychologii, wiele koncepcji dotyczących naszej emocjonalności, nierzadko ze sobą sprzecznych. Istnieje kilka węzłowych punktów, w których rozchodzą się drogi myśli.
Czy emocje są rzeczywiście naszą duchowością?
Kluczowe jest pytanie, czy emocje mają charakter duchowy (jak dziś mówimy: psychiczny), czy należą do sfery cielesnej, zmysłowej? Platon i Arystoteles, a z nimi inni filozofowie starożytności i średniowiecza (oczywiście, nie dotyczy to wszystkich z nich), nie mieli wątpliwości, że człowiek posiada tylko dwie władze duchowe: rozum oraz wolę. Uczucia należały według nich do innej, niższej sfery (organicznej, zmysłowej, zwierzęcej). Natomiast od końca XVIII w. zaczęto widzieć miejsce emocji gdzieś wyżej i utrwalił się zwyczaj, tak w filozofii, jak i potocznym myśleniu, że człowiek ma trzy władze duchowe: rozum, wolę i uczucia. Uczucia więc awansowały do „psychiki wyższej”.
Wydaje się, że ta generalna zmiana w antropologii, niejednokrotnie połączona z deprecjacją znaczenia rozumu lub wręcz z kultem irracjonalności, pozwoliła zaistnieć teoriom niezwykle nobilitującym ludzką emocjonalność i różnie pojęte wewnętrzne „energie”. Cechy tego rodzaju „antropologicznego przesunięcia” można znaleźć nawet w tak różniących się kierunkach jak psychologia humanistyczna i psychoanaliza.
Uczuciom zaczęto przypisywać cechy dotąd zastrzeżone dla intelektu i woli, tj. rozumność, inteligencję i zdolność do dokonywania właściwych wyborów (emocje bądź popędy „wiedzą”, „rządzą”, „wskazują”, „informują i ostrzegają”, pozwalają wypełnić nasze życie sensem albo niszczą je). W konsekwencji życie „zgodne z własną emocjonalnością” albo „życie uwzględniające prawdę tkwiącą w naszej uczuciowości i popędowości” staje się niemal równoważnikiem życia zgodnego z rozumem i ostateczną prawdą o sobie. W tym kontekście nie dziwi istnienie niektórych prostych i modnych teorii, obecnych zwłaszcza w niefachowym nurcie poradnikowym (pop-psychologii), w myśl których życie i rozwój człowieka jest tożsamy z wewnętrzną spontanicznością, umiejętnością „wsłuchania się w głos własnych emocji”, odblokowaniem energii. Sugeruje się, że nasza życiowa siła, motywacja i nadanie własnemu życiu sensownego kierunku nie tylko nie może obyć się bez naszych uczuć (co trudno zakwestionować), ale wręcz sprowadza się do ich odblokowania.
Jaka jest tożsamość uczuć?
Awansując, emocje przyoblekły się w dwuznaczność. Z jednej strony stały się naszą współczesną duchowością, z drugiej - nie mogły przecież zatracić całkowicie swojego zmysłowego i zwierzęcego charakteru. Szukamy w nich ducha i sacrum, jednakowoż nie możemy jednak zaprzeczyć ich gwałtowności, nieprzewidywalności, samo życie zmusza nas do tego, żeby myśleć o nich jako czymś trudnym, a nawet niebezpiecznym. Emocje przesunęły się więc w rejony wyższej psychiki, ale i pozostały w niższych.
I tak np. w psychologii humanistycznej spotykamy się z postulatem daleko idącego zaufania do swoich odczuć, uczuć i potrzeb, a nawet z obrazami pełnych emocjonalnego wyzwolenia szczytowych quasi-mistycznych doznań, jednak codzienne doświadczenie jakże często ukazuje nam irracjonalną i niepokojącą stronę wyemancypowanej emocjonalności.
Z jeszcze większą ostrością problem tożsamości uczuć jawi się w psychoanalizie; tam uczucia, a ściślej popędy, awansowały wręcz niebotycznie, jednocześnie nabierając wyjątkowo niepokojącego charakteru. Będąc ukrytą w naszej nieświadomości jedyną prawdziwą i decydującą o naszym losie rozumną psychiką, popędy są jednocześnie groźnym, trudnym do zrozumienia, a tym bardziej do przezwyciężenia, fatum.
Czy emocje mogą nas słuchać?
Kolejne kluczowe pytanie: czy w ogóle mamy istotny wpływ na swoją emocjonalność? A co naszą osobistą odpowiedzialność za emocje? Odpowiedź na nie zmieniła się bardzo wraz ze zdominowaniem nowożytnego myślenia filozofią kartezjańską, która jest kontynuacją tradycji platońskiej. Człowiek raz ostro podzielony na ciało i umysł nie odzyskał już nigdy swojej wewnętrznej spoistości. Zagubiła się pamięć o całości i zniknęły z dyskursu kulturowego pojęcia filozoficzne, które ten sposób widzenia wyrażały i podtrzymywały. Stąd związki między emocjami, a rozumem są dla nas nieoczywiste, raczej je ze zdziwieniem odkrywamy. Łatwiej nam też myśleć o emocjach jako szalejącej w nas, po swojemu, duszy, niż o cząstce nas możliwej do uporządkowania i kontroli.
I wyższa, i niższa część psychiki
Dlaczego emocje opuściły swoje miejsce, jakie z pokorą zajmowały, a zaczęto im przypisywać rolę, zarezerwowaną dla psychiki wyższej? W swojej znakomitej książce „Ciemne strony psychiki. Geneza i historia idei nieświadomości”, Bartłomiej Dobroczyński szeroko uzasadnia tezę, że idea nieświadomości zaistniała w kulturze europejskiej jako próba rozwiązania, a przynajmniej złagodzenia sprzeczności, które związane są z dominującą we współczesnej psychologii kartezjańską koncepcją człowieka. Wypracowane w XX w. psychologiczne koncepcje nieświadomości, zdaniem autora, powołały do życia substancję pośrednią między myślą (świadomością) a ciałem-maszyną. Coś podobnego może dotyczyć uczuć; intelektualizowanie naszej zmysłowości, czynienie z niej cząstki wyższej psychiki ułatwia nam przeżywanie siebie jako nierozerwalnej całości. Strawniejsze bowiem dla współczesnego człowieka jest przekonanie, że energia naszego życia rodzi się przede wszystkim z wyglądającej jako coś duchowego emocjonalności, niż koszmar niezrozumienia, kim właściwie jestem: wyobcowaną ze wszelkiej zmysłowości chłodną myślą, czy sprawnie działającą biologiczną maszynerią?
Emocjonalność okazała się znakomitym polem, na którym można było konstruować nowe wzorce funkcjonowania społecznego człowieka, ba, wzorce realizacji całego życia. Na przykład różnego rodzaju koncepcje wywodzące się z psychologii humanistycznej utożsamiają niejednokrotnie sensowne życie z pewnego rodzaju sprawnością osobowościową, w której sfera emocjonalna (swobodny przebieg emocji, spontaniczność, tzw. zaufanie do uczuć) odgrywa kluczową rolę. Jeden ze słynnych psychologów humanistycznych pisze: „N i e w i e m kim dokładnie je s t e m, ale potrafię w każdej chwili odczuwać moje reakcje i wydaje się, że sprawdzają się one całkiem nieźle jako podstawa mojego zachowania. Może to właśnie j e s t e m j a .” (C. Rogers. „On becoming a person“, 1961)
Współczesna kultura nie sformułowała powszechnie akceptowanej, spójnej filozoficznej wizji człowieka, która w zadowalający sposób porządkowałaby nasze myślenie. Emocje nie wrócą szybko na swoje miejsce - gdybyśmy spróbowali zakłócić ich ikarowy lot, zostalibyśmy okrzyknięci ludźmi minionego czasu, deprecjonującymi wartość tak cennej cząstki naszej ludzkiej kondycji. Oczywiście, nie warto z góry źle się nastawiać do takich teorii psychologicznych, jak np. koncepcja inteligencji emocjonalnej - z każdym nowym ujęciem i badaniami, które ona inspiruje przychodzi do nas kolejna porcja wiedzy i wrażliwości. Nie uchronimy się jednak od pytania, co jest rzeczywiście naszym rozumem, a co emocjonalnością?
Stanisław Porczyk
Autor jest psychiatrą, od 1997 r. współpracuje z Grupą Synapsis.
Data publikacji: 9.04.2010